2012-05-25

Prowincjonalnie, o smaku rabarbaru...


w prowincjonalnym małym mieście
tak niepozornie mija życie
i wszystkie dni są takie proste
jak prosta bywa pieśń lub miłość (...)

śpiewał mi rano Turnau. zapalenie krtani pozwala mi swobodnie milczeć, z przyjemnością po całym tygodniu słów oszczędzam. uporałam się z pracą, dziś już lekarstwa zażywam. odgłosów prowincji rano, w południe i wieczorem. dawka według uznania. przedawkowanie dozwolone. radość mnie wypełnia. spokój. ptaków zabawy nad głową... jest samiec kopciuszka, z czarną główką i rdzawym kuprem; i piękny samiec makolągwy, z czerwonym czołem i piersią. tańczą dla nich trawy, krzewy, drzewa, usuwają się przed ich niskim lotem. tyle wolnej przestrzeni, a taka cisza... moja ulubiona. tarasowe deski nagrzane, a po nich przeszły raz tylko pani doktor bose stopy moje. oszczędzam się, naprawdę, ale kiedy słońce wspina się po wzgórzu przeoranym, obejmuje stopniowo przyrodę, nie sposób się nie zatrzymać. czy można ominąć takie słońca wędrowanie? ptaków świergotanie? kwiatów kwitnienie? w taką pogodę w prowincjonalnym zakątku cieszy nawet chorowanie. cieszy też wyczekiwana od ośmiu lat ułożona właśnie kostka brukowa, boso mogę za ptakami biegać, po drodze wypatrywać kwiatów żółtej forsycji i niebieskiego hibiskusu przy furtce, dalej za rogiem poczuć zapach zwisających niczym kiście winogron kwiatów fioletowej wisterii. jestem w niebie. pachnie lasem, świeżym szczypiorkiem, ziemią przeoraną. wsiąkłam w ten klimat. korzeniami oplotłam się wokół chmur. każde spojrzenie w dół zachwyca. zjem kawałek ciasta rabarbarowego i jeszcze tu posiedzę na tej małej prowincjonalnej chmurce mojej...



2012-05-11

"Nawiedzony dom" Virginia Woolf - zapowiedź


Pod koniec maja nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się zbiór opowiadań Virginii Woolf. "Nawiedzony dom" to ponad pięciuset stronicowy tom złożony z opowiadań tych najbardziej znanych, jak i nigdy dotąd niepublikowanych. Cieszę się bardzo, bo ostatni zbiór opowiadań Virginii Woolf  "Dama w lustrze" wydany był prawie dziesięć lat temu przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Zawiera on dziewiętnaście opowiadań, w których Virginia swobodnie eksperymentuje z nowymi formami, ulubionymi poetyckimi metaforami czy symbolami. Kilka z nich wydaje się zupełnie nieudanymi próbami, mało interesującymi, co się jej zdarza w opinii krytyków. Uparcie bowiem, przez większość swego twórczego życia, dążyła do zminimalizowania wartkiej fabuły, zastępując ją rozważaniem o życiu i jego pojedynczych aspektach, co nie do wszystkich trafia. Jednak dla uważnych jej czytelników, nie tylko powieści, ale też esejów, listów, dzienników czy właśnie opowiadań, jasne będzie, że każde z tych z pozoru nudnych, nic nie wnoszących pojedynczych stron, ma znaczenie symboliczne, i napisane jest nie od niechcenia, a z wielkim duchowym przekonaniem, że ten właśnie ślimak, perłowe guziczki na rękawiczkach czy opuszczone wrzosowisko, warte były opisania. Musiała to zrobić, by móc się z tego znaku na ścianie czy z Mary V. oczyścić, usunąć je z myśli, ustąpić miejsca kolejnym spostrzeżeniom i zachwytom. Virginia traktowała pisanie opowiadań jak odskocznię od cięższych, wymagających większego skupienia form, jakimi były jej powieści czy wartościowe literackie eseje. Niejednokrotnie jednak fragmenty opowiadań nawiązują do późniejszych powieści i dla mnie są równie ważnym elementem jej twórczości.

"Zadaniem pisarza - twierdzi Woolf - jest uchwycić to coś, co zupełnie wymyka się budowniczym zgrabnych fabuł, opartych na regule prawdopodobieństwa. Spójrzmy w głąb - proponuje - a przekonamy się, że życie nie jest takie. A jakie? - chciałoby się zapytać. Woolf udzieliła na to pytanie odpowiedzi, która przeszła do historii literatury jako klasyczna wykładnia modernistycznej wrażliwości:
Życie to nie jest szereg symetrycznie ustawionych reflektorów, życie to jest jasna aureola, półprzejrzysta przesłona otaczająca nas od pierwszego przebłysku świadomości aż do samego końca. Czyż nie jest zadaniem powieściopisarza oddać tego zmiennego, tego nieznanego i nieokreślonego ducha, niezależnie od tego jaką objawia aberrację i złożoność... - czytamy we fragmencie wstępu do opowiadań "Dama w lustrze" napisanym przez Agnieszkę Graff.

Jaki będzie "Nawiedzony dom"? Czy wyniknie z tych opowiadań  coś nowego, czy możliwe będzie dojrzenie kolejnych prób literackich, eksperymentów i fascynacji szczegółem, które Woolf tak chętnie celebrowała? Nie sądzę by mnie osobiście zawiodła. Może tych czytelników jednej jej powieści skutecznie zanudzi. Bo Virginię Woolf trzeba obejmować w całości. Ona dopiero w blasku swych całościowych dokonań zaczyna nabierać kształtów i barw właściwych. Dzięki niej nauczyłam się dostrzegać więcej. Patrzeć inaczej. Szczegół znaczy więcej niż ogół, czasem dzień więcej niż cały miesiąc. Chciałabym tak móc żyć każdego dnia, uważnie, by nic nie umykało, by wszystko cierpliwie chłonęła pamięć, nie gubiąc nic po drodze. Bardzo jestem ciekawa tego pokaźnego zbioru nowelistycznego... tymczasem zadowolić się mogę jedynie "Tajemniczym przypadkiem panny V." w majowym numerze "Bluszcza". Tak niewiele, a aż tyle, że porzuciłam piątkowe porządki i patrzę na zachód słońca inaczej.

2012-05-04

"Droga do Tarvisio" Grzegorz Kozera



Książki pisane przez kobiety z natury mają łagodny przebieg, dążą do równowagi i wyciszenia emocji, a te z kolei układają się stopniowo w jedną całość, bądź nawet kładą posłusznie i nic z tego nie wynika. Po raz kolejny wydaje nam się, że gdzieś już to czytaliśmy, zapominamy szybko i natychmiastowo sięgamy po następną książkę, taką samą jak się z czasem okazuje. Podczas gdy mężczyzna piszący (i nie tylko piszący zapewne) częściej zaskakuje, intryguje, wkurza i zastawia za zakrętem pułapkę w postaci kończącej się nagle drogi, co powoduje, że spadamy w przepaść bezwiednie, niespodziewanie i nie w głowie nam już pytanie dlaczego, ani co dalej.

W związku z powyższym osiemdziesiąt procent czytanych przeze mnie książek stanowią te autorstwa mężczyzn.

Lubię tę inność przeżywania, tę niepewność, zmienność i nowe przestrzenie do ogarnięcia. Ten rodzaj odrębnego, bardziej otwartego myślenia. Różnorodności. To że podczas lektury mogę się złościć, nie zgadzać, obruszać. Wracać kilka stron wstecz, czytać między zdaniami, myśleć co mogło być przyczyną takiego pokierowania zdarzeniami i czerpać satysfakcję czytelniczą z zupełnej niewiedzy i braku domysłów co będzie skutkiem owych poczynionych przez mężczyznę kroków. Lubię odkrywać w książkach obce mi tereny, widzieć oczami płci przeciwnej, podejmować próby dostrzeżenia podobieństw, bo przecież doskonale wiemy, że one istnieją, tylko objawiają się inaczej. Bez względu na płeć cierpimy, tęsknimy, mamy nadzieje, obawy, fobie i kompleksy. Kochamy, wzruszamy się, boimy i nienawidzimy. Książka "Droga do Tarvisio" Grzegorza Kozery jest takim właśnie męskim spektaklem o inności przeżywania, o radzeniu sobie z samotnością, nienawiścią i miłością. Trzema najważniejszymi w życiu człowieka odczuciami oddziałującymi na nasze życie pod różnymi postaciami i w różnym nasileniu. Do tego jest to proza bardzo męska, twarda, szczera i konkretna. Bez zbędnych szczegółów dotyka ważnych relacji międzyludzkich, a mimo momentami chłodu i oszczędności w słowach zmusza do refleksji.

Od pierwszych stron "Drogi do Tarvisio" wiedziałam, że to nie będzie powieść tylko o zwiedzaniu, jakby mylnie mogły sugerować tytuły poszczególnych rozdziałów czy nawet samej książki. Czułam, że bohater ma poważny problem, i szybko się z nim nie upora, co zapowiada ciekawą u jego boku podróż psychologiczną. Grzegorz K., grubo ponad czterdziestoletni egocentryk, labilny emocjonalnie, momentami grubiański, nietolerancyjny i ze skłonnościami do hipochondrii, wydaje się mężczyzną, którego kobiecie trudno będzie polubić. A jednak. Miał ich sporo w swoim życiu, za sobą nawet jedno małżeństwo, i trwający pięć lat związek z Matyldą, która właśnie go zostawiła z powodów nie do końca wyjaśnionych, zdaje się nawet błahych i będących jedynie chwilową jej słabością czy kaprysem. Grzegorz K. z urażoną dumą, zranionym sercem i wielką wściekłością na świat, i siebie, rusza sam w zaplanowaną wcześniej już podróż. Pokonuje tysiąc dwieście jeden kilometrów w poszukiwaniu siebie, racjonalnych myśli i prawd. Ucieka od problemów, ale jego ucieczka ma jakiś cel. Z wielką nadzieją jedzie przez Czechy, Austrię do Włoch, do miejsc mu bliskich i ważnych, i oczekuje od tych miejsc zrozumienia, oczyszczenia i wskazania dalszej drogi. Niełatwo jednak jest mu w pełni czerpać satysfakcję z tego wyjazdu, bo gonią go różne fobie, lęki, nieudane związki, utracona miłość, problemy w pracy i ma paskudne poczucie, że niczego w życiu wartościowego nie stworzył. Że jest tylko zwyczajnym czytaczem i oglądaczem sztuki muzealnej. Co więc z nim dalej będzie? Co z jego życiem, co z ukochaną Mat, która po pięciu latach związku go zostawiła? Czy ona tęskni? Zadzwoni? W którą stronę ma się udać by znaleźć odpowiedzi na te wszystkie piętrzące się niejasności, dylematy i awersje? W trakcie tej ważnej dla siebie pielgrzymki przez Frydek-Mistek do grobu Kafki w Pradze, poprzez znienawidzony historycznie kraj, ale bliski artystycznie - Niemcy, aż do Tarvisio i nieplanowaną Padwę, gdzie św. Antoni staje się ostatnią deską ratunku; próbuje odpowiedzieć sobie na istotne pytania, pozbyć się lęków związanym ze stanem chorobowym, i odnaleźć siebie lepszego, bardziej tolerancyjnego i pogodzonego z tym czego już zmienić się nie da. Z historią, bytem wyższym i z samym sobą. Czy mu się uda?

Książka Grzegorza Kozery może budzić odczucia ambiwalentne, szczególnie u kobiet, choć mnie to ominęło. Jakoś bez przeszkód zrozumiałam brak natychmiastowej reakcji i usilnego pukania do drzwi utraconej kobiety. A także potrzebę wyciszenia i samotnej podróży, która okazała się swoistym katharsis tak bardzo potrzebnym właśnie w takiej formie. Każdy reaguje inaczej na utrudnienia życia. Różnie staramy się też trafić na właściwą drogę. Byle tylko każdemu to się w porę udało, czego życzę Grzegorzowi K., sobie i wszystkim tym, którzy mają przeświadczenie, że gdzieś zbłądzili, a ich życie biegnie niewłaściwym torem.

Grzegorz Kozera ( 1963) - prozaik, dziennikarz i bloger. "Droga do Tarvisio" jest jego trzecią książką. W dorobku ma powieść o uzależnienie alkoholowym "Biały Kafka" (2004) oraz zbiór opowiadań "Kuracja" (2008). Opublikował też sześć tomików wierszy: "Upadek" (1989), "Strip-tease" (1989), "Piosenka powieszonego amanta" (1993), "Niebieski motyl i inne wiersze" (1995), "Sierżant Garcia nie żyje" (1998) i "Data" (2011).

http://notespoetycki.blogspot.com/  - blog Grzegorza Kozery

Pierwszy raz miałam w rękach książkę Wydawnictwa Dobra Literatura i muszę przyznać, że jestem nim zachwycona. Mała, poręczna, z ciekawym projektem okładki i dobrym rozmieszczeniem tekstu. Co prawda trafiłam na cztery literówki, ale naprawdę z przyjemnością sięgnę po kolejne wydania. Mężczyzn oczywiście, jeśli tylko na takie trafię, bo wydaje się, że seria "Proza z wykrzyknikiem" będzie prezentować wysoki poziom literacki.

m.sz.

http://www.dobraliteratura.pl/ 


Majowo


Mówiłam, że wrócę w piątek. I wracam. Co prawda w kolejnym po tym obiecanym, ale z przyczyn ode mnie niezależnych. Komputer zwrócono mi dopiero dziś, co dało mi tyle wewnętrznego spokoju i czasu na nadrabianie zaległości rodzinnych, literackich i ogródkowych, że odpoczęłam nawet bardziej niż miałam w planach. A plany były zupełnie inne, tylko pokrzyżowała je ospa Loli. Niełatwo jest trzymać dziecko w trzydziestostopniowe upały w domu, podczas gdy drugie biega po ogródku, ale jakoś przetrwaliśmy wspólnymi siłami do dnia dzisiejszego, kiedy to deszcz zatrzymał nas samoistnie w domu. Ale niech już się kończy ten sielski czas, bo człowiek przestaje rozróżniać dni i panować nad godzinami, i już nawet nie pamiętam co ja przez cały ten tydzień robiłam... a właściwie to dwa.
Życie jednak wymaga organizacji i różnorodności wrażeń, by człowiek mógł sprawnie i produktywnie działać. Mam nadzieję, że miło spędzacie długi majowy tydzień. DHL na przykład, nie może do mnie dojechać od tygodnia, więc te polskie święta są precyzyjnie i namiętnie przestrzegane :)

2012-04-23

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich






Dziś, w Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, rozleciał mi się komputer. 
Nie wiem kiedy ktoś mi go poskłada ponownie, wygląda na mocno przepracowanego. Po pierwszej fali załamania (moja praca wiąże się z ciągłym dostępem do komputera) uśmiechnęłam się. Może to jakiś znak? Może ilość godzin spędzanych przed komputerem wymaga w końcu resetu? Marzy mi się by wrócić całkowicie jedynie do książek, prasy, tradycyjnych encyklopedii, atlasów czy słowników. Wysłuchać ważnych wiadomości jedynie w radiu. Pominąć wszystkie spamy, reklamy, absorbujące e-maile. Znowu wrócić do listów. Tych najważniejszych. 
Staliśmy się tak bardzo uzależnieni od internetu, wydaje nam się on pomocny, ale tak naprawdę jest jak trucizna, zabija w nas to co naturalne. Coraz bardziej mnie to przeraża, bo z jednej strony trafia się na drugą, potem na kolejną i następną... aż mija godzina, dwie, zamiast kilku minut.Wiem, to trudne, mnie samej nie jest łatwo czasami odejść od komputera, bo tyle zaprzyjaźnionych blogów, stron i portali przeglądam. Ale patrzę na moją piętrzącą się biblioteczkę, na sześć zaległych, pachnących jeszcze nowością czasopism, i szczerze się dziś cieszę, że tylko na moment korzystam z dodatkowego komputera. Jakże miły czeka mnie tydzień. Tydzień wielkiego czytania. Nadrabiania zaległości prasowych. Spacerów po południu. Listów pisanych przy kawie. Plewienia w ogródku. Wcześniejszego pójścia do łóżka. Spokojnego snu, kiedy w głowie zamiast miliona internetowych tematów, zostanie jeden. Ten z aktualnie czytanej książki. Spróbujcie na tydzień odejść od komputera i przeczytajmy wspólnie chociaż po jednej książce do piątku :)
Życzę samozaparcia i ciekawych lektur. Ja w związku z dzisiejszym dniem zrobiłam sobie prezent, kupiłam najnowszy tomik poezji Wisławy Szymborskiej "Wystarczy", wydany już po śmierci Poetki. A kilka dni temu otrzymałam od Wydawnictwa Dobra Literatura najnowszą książkę Grzegorza Kozery "Droga do Tarvisio"... a jakie Wasze plany? Wracam w piątek, wtedy napiszę coś więcej o tym co czytałam. Miłego tygodnia :)


2012-04-21

Razem mogą wszystko - "Nietykalni"


Mariusz Szczygieł na okładce książki "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla napisał "to najbardziej antydepresyjna książka świata". Mnie, wychodząc z kina po obejrzeniu francuskiego filmu "Nietykalni" w reżyserii Erica Toledano i Oliviera Nakache, dokładnie te same słowa jako pierwsze przyszły na myśl. To najbardziej antydepresyjny film świata! Komedia arcydzieło, z dopuszczalną dawką wzruszeń. Podana lekko, świeżo, jak francuski ser na drewnianej desce, który w promieniach słonecznych wzrusza swym widokiem.
"Nietykalni" mnie uwiedli. Zresztą nie tylko mnie. We Francji obejrzało ten film już ponad 20 mln widzów. Omar Sy, odtwórca jednej z głównych ról został już odpowiednio doceniony i otrzymał Cezara dla najlepszego aktora (po raz pierwszy nagrodę w tej kategorii przyznano aktorowi ciemnoskóremu).  Ma w sobie niezwykłą naturalność, swobodę ruchów i wyrażania głośno myśli, zdawałoby się pozornie, że takich nie do końca na miejscu. Miałam wrażenie, że cały film toczy się bez kamer, bez powtarzania scen, jakby na żywo. Francois Cluzet, grający sparaliżowanego Philippa, dorównuje talentem nagrodzonemu. Jego wdzięczność za to kim stał się dla niego Driss, umiejscowiona na jedynej ruchomej części ciała, twarzy, sprawia, że siła wzbiera się w człowieku na sam ten widok. Jako duet dopełniają się perfekcyjnie, tworzą obraz niezwykle ujmujący, piękny, dający nadzieję. Obraz zastępujący współczucie szczerym śmiechem, a zagubienie oddaną przyjaźnią. Wydawało mi się, że nie trafię nigdy na szczerze piękną komedię, która nie pstryknie mnie kiczem, na początku, w połowie lub na koniec filmu. Ten film w całości jest piękny. I nie pamiętam kiedy tak pięknie do łez się uśmiałam... 
Opowiedziana w filmie historia zdarzyła się naprawdę. Unieruchomiony całkowicie na skutek wypadku milioner zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który trafia tam poniekąd z przypadku. Nigdy nie interesowała go sztuka, życie na choćby nizinach kulturalnych, a całym życiem i przyszłością była ulica. Miał trudne dzieciństwo, i czuł, że nic dobrego już go w życiu nie spotka. Był typem łagodnego łajdaka, obiboka i wychowanka z paryskiego blokowiska. Philippa jednak zachwycił i dał mu on szansę, a właściwie rzucił wyzwanie, by na miesiąc spróbował przyjąć tę pracę. Driss od początku podszedł do sprawy jak typowy Francuz, dla którego naturalność wydaje się wrodzona, jak świadomość rogalika francuskiego na śniadanie. Między dwoma mężczyznami rodzi się przyjaźń. Życie nabiera tempa i wartości, ale wszystko to nie dopuszcza wydumanego poglądu na niepełnosprawność. Śmiech jest tu podstawą. I miłość... oczywiście bez niej nie ma pięknych filmów.



tutaj autentyczni bohaterowie tej historii: Philippe Pozzo di Borgo i Abdel Sellou.
Nadal żyją i utrzymują ze sobą kontakt.

Mnie osobiście urzekła jeszcze muzyka; Ludovico Einaudi jest dla mnie równie udanym odkryciem, jak sam film. Wydaje się wręcz niemożliwe, że współgra z komedią. A jednak. Bo "Nietykalni" to coś więcej niż zwyczajna komedia. Takie filmy już się nie zdarzają. Nie ma w nim dramatu, jak sugeruje Kinoplex, jest z poczuciem humoru pokazane życie, które czasem zawodzi, ale siła i wiara drzemie w ludziach nie bez powodu. Czasem tylko brakuje im odpowiedniego bodźca, odpowiedniego człowieka obok siebie, dystansu i samozaparcia. Chciałabym w swoim życiu trafiać na takich właśnie ludzi. Tymczasem wsłuchuję się w muzykę i wspominam Drissa i Philippa.





2012-04-18

Czas

"Czym jest czas? Tajemnicą - bo jest nierealny, a wszechpotężny. Jest warunkiem zjawiskowego świata, jest ruchem zespolonym i przemieszanym z istnieniem realnych ciał w przestrzeni i z ich ruchem. A czy nie byłoby czasu, gdyby nie było ruchu? I ruchu, gdyby nie było czasu? Pytania i pytania! Czy czas jest funkcją przestrzeni? Czy też odwrotnie? Czy raczej są z sobą identyczne? Za wiele już pytań! Czas jest czynny, ma takie właściwości jak czasowniki. Ma "poczesny" udział w tworzeniu. Ale czego? Zmiany! Co jest teraz, nie było wówczas, co jest tu, nie jest tam, bo między nimi leży ruch. Ale skoro ruch, którym się mierzy czas, jest okrężny, w sobie samym zamknięty, to można by i czas, i wszelką zmianę równie dobrze nazwać spokojem i bezruchem - to bowiem, co było wówczas, powtarza się nieustannie w tym, co jest teraz, a to, co jest tam -  w tym, co jest tu. A że ponadto skończonego czasu i ograniczonej przestrzeni niepodobna sobie wyobrazić - nie pomogą najbardziej rozpaczliwe wysiłki - więc ostatecznie zaczęto sobie przedstawiać czas i przestrzeń jako wieczne i nieskończone, zapewne w przekonaniu, że jeśli i w ten sposób nie można ich sobie wyobrazić dobrze, to przynajmniej można nieco lepiej. Czy jednakże uznanie wieczności i nieskończoności nie jest unicestwieniem przez logikę i rachunek wszystkiego, co ograniczone, skończone, względne, czy nie jest sprowadzeniem tego do zera? Czy rzeczy mogłyby w wieczności następować jedne po drugich, a w nieskończoności występować jedne obok drugich? Z tymi założeniami, że istnieje wieczność i nieskończoność, założeniami przyjmowanymi z musu, jakże da się pogodzić istnienie we wszechświecie odległości, ruchu, zmiany lub choćby tylko ograniczonych ciał? To pytania, których mimo wszystko nie da się uniknąć.
Hans Castorp stawiał te i tym podobne pytania - mózg jego zaraz po przybyciu w te strony okazał się skłonny do takiej niedyskrecji i zrzędzenia; niedobry, a potężny, później utracony popęd jakby wyostrzył pod tym względem jego umysł i dodał mu zuchwałości w stawianiu takich pytań (...) " 

Tomasz Mann, "Czarodziejska góra", str.399, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, 2009

2012-04-17

"Na początku Bóg stworzył człowieka...

"Na początku Bóg stworzył człowieka, ale widząc go tak słabym, dał mu psa"
                                                                                   Alfons Toussenel

kto nie miał psa
chyba nie zrozumie do końca
jak boli strata tak wiernego przyjaciela
jak trudno patrzeć przez kuchenne okno
i widzieć pustkę na wyleżanej trawie
odkładać z miejsca na miejsce
niepotrzebną już miskę
zapominać powoli te oczy
dla których
byliśmy całym światem...

Ralph był z nami ponad 8 lat...

a tego malucha już nie ma z nami ponad rok...

2012-03-30

Z dialogów rodzinnych odc. 21 - rozmowy (nie) kontrolowane


W moim życiu sporo się dzieje ( jak w każdym innym zapewne). Nie mam wpływu na kolejny dzień. Przeciera on tylko przez los naszkicowany szlak, a tuż obok trenuje się już do zaskakiwania dzień następny. Podskoki, przeskoki. Szpagat, slalom. Skok w dal. Równie nieprzewidywalny, ale jakże pożądany. Czasem tak mam, że jeden dzień mija, a ja jeszcze trwam w tym dwa dni wcześniejszym... możliwe to? Kiedy są to szokujące doznania to wydaje się zrozumiałe... ale ja oprócz tych trudnych decyzji w myślach po kilka dni noszę błahe sprawy. Ale muszą one być dla mnie niezwykle ważne, że czuję ich dopominanie się. To co spisujesz, czy rzucać w zapomnienie? Nie zgadzam się na żadne zapominanie. Jednak to nieuniknione. Czytającemu kilka książek w tygodniu trudno zapanować nad segregacją. Dlatego nie chcę by życie innych wyparło moje życie, i spisuję te moje najulubieńsze rozmowy ze świata rzeczywistego... rozmowy moich dzieci.
Lola jest absorbującą kobietką. Każde pytanie musi się doczekać odpowiedzi, każde oburzenie wyjaśnienia, każdy śmiech brata jej szczerego śmiechu. Nie zostawia zjawisk bez odpowiedzi. No chyba, że wie lepiej :)

- Lolka, no graj, rusz tą swoją mózgownicą... - pogania starszy młodszą przy grze w karty.
- Spokojnie... zaraz coś wymyślę... chyba, że okaże się, że nie mam mózgownicy - w zamyśleniu nad sekwensem oznajmia pięciolatka.
- No przestań, bez mózgu nie wiedziałabyś, że pingwiny lubią śnieg; że z pomarańczowego i zielonego wychodzi fioletowy; że po sobocie jest niedziela; że dwa dodać dwa jest cztery...
- Już nie przesadzaj... do tego nie jest potrzebny mózg. To policzę palcami.

Kocham ponad wszystko co mi mózg zaprząta :)

2012-03-22

Zrobiłam sobie raj




Zrobiłam sobie raj i czytam bezkarnie w środku dnia książkę.

Mój znajomy ( Józef Lorski, informatyk) pieści wspomnienie takiej scenki z Moraw: "Piekarnia, w której sprzedaje się pieczywo, słodkości, kanapki, a nawet placki kartoflane. Jedyna w tym sklepie sprzedawczyni, młoda dziewczyna, rozmawia głośno przez komórkę. Śmieje się, opowiada jakąś historię z poprzedniego dnia, tymczasem tworzy się coraz większa kolejka. Trwa to pięć minut, dziesięć, patrzę i czekam, aż się ktoś wkurzy. Ludzie cierpliwie stoją, a nawet się uśmiechają. Wreszcie sprzedawczyni kończy rozmowę i tłumaczy, że to była ważna sprawa. Na to klient z uśmiechem: Musiała pani wygadać chyba ze dwieście koron. I nikt nie miał pretensji". - fragment książki "Zrób sobie raj".
Cieszę się, że wychodząc na taras, czytając książkę Mariusza Szczygła, oddycham po części polskim, po części czeskim powietrzem. Widzę czeskie, jeszcze ośnieżone góry i czeskie za mgłą osiedle. Że mieszkam w mieście, w którym spowalniają nas Czesi. Każdego dnia odwożąc córkę do przedszkola, mamy czas by przyglądnąć się z samochodu kaczkom i łabędziom na Olzie, bo przede mną jedzie jedna skoda, druga, trzecia. Oczywiście, że wszyscy trzydzieści na godzinę. Czesi się nie śpieszą nigdy, nawet w swoim kraju, więc tym bardziej na obcej drodze. Ktoś już po dziewiątej ciągnie chodnikiem wózeczek z zakupami. Ktoś worek pełen kukurydzianych kolorowych chrupek. Ktoś wiklinowy rowerek. Ktoś krasnala ogrodowego i kwiaty. Czeskie pary lubią poruszać się w tych samych kurtkach, bluzach, butach. Często z górskimi plecakami na plecach. Zawsze czymś się wyróżniają, czymś typowo czeskim. Ubiorem, zakupami, bądź tym, że w wieku dojrzałym trzymają się za ręce. Poza tym nie widziałam nigdy zdenerwowanego Czecha. Źle parkującego Czecha. Mlaskającego w kolejce Czecha. Przeklinającego Czecha. Spluwającego Czecha. Za to nie jeden raz widziałam przepuszczającego w drzwiach Czecha, cichego w mowie, opanowanego w czynie, ostrożnego na drodze, sympatycznego na kasie, czy zwyczajnie pomocnego. Dziś tankując samochód widziałam jak Czech wysiadł ze swojego auta, by pomóc polskiego starszemu panu odkręcić zatyczkę z baku. Stał w zupełnie innej kolejce. Nie zrobił więc tego, by starszego pana pogonić, tylko z dobrej woli. Czechowi się chce, i co ważne nie myśli tyle co Polak, tylko czyni. W swoim tempie oczywiście, ale to odprężające patrzeć czasem na takich ludzi, którzy żyją swoim rytmem, bez presji czasu widocznej w ruchach i zakłopotania na twarzy. Udziela mi się ich sposób życia, i kocham ten mój prowincjonalny koniec Polski, i spacery po obu stronach Olzy. I Hrabala, Kunderę, Kafkę i Halasa. I Zlotego Bażanta też. I czeskie rohlicki, maslo pomazankove, knedliki i rurki chrzanowe. No i Pragę oczywiście - ja se tam vratim - powtarzam sobie każdego dnia.

2012-03-21

Międzynarodowy Dzień Poezji


Poezja nie jest spisem, lecz zapisem; z tego wynika jej charakter nie katalogowy, lecz wyrywkowy, bo to jest zapis wyobraźniowy pełen urywkowych widzeń.
/ Jalu Kurek /

Sporo dla mnie znaczy słowo. Nawet pojedyncze. W poezji go chyba najwięcej, takiego w czystej postaci. W prozie słowa istnieją na chwilę, potem rozlewają się i są nie do ogarnięcia, a w wersach stoją w szeregu, ze znaczną podporą, przewagą jednego. Tego najważniejszego w danej chwili, którym zaspokojone zostaje czytelnicze łaknienie i pod wpływem którego otwierają się odpowiednie drzwi naszych umysłów. Nie zawsze ma się czas i siłę na wyłonienie z książki tego potrzebnego słowa. Poezja ku temu właśnie może służyć. Do bardziej wzniosłych celów oczywiście również, co jest już znacznie trudniejszym wyczynem. Ale cenię w niej przede wszystkim to, że wiersze wystarczy czytać wersami, podczas gdy książki zazwyczaj trzeba rozdziałami, by osiągnąć zadowolenie na porównywalnym poziomie. 

Ostatni wiersz

Jeden... Jeden jak spłoszony jest grom,
Wraz z tchnieniem życia się wdziera w twój dom - 
Śmieje się, oślepia cię blaskiem
I krąży, i bije oklaski.


Północą drugi przychodzi na świat - 
Sama już nie wiem, jak do mnie się wkradł.
I z lustra pustego spogląda,
I mamroce coś, i osądza.


Są także inne: coś wzbiera za dnia
I nagle szepce: to ja czy nie ja? - 
I płynie po białym papierze
Jak źródło w wąwozie wśród jeżyn.


Są również takie: z tajemnic, z ich wnęk - 
Ni dźwięk, ni kolor, ni kolor, ni dźwięk - 
Te wiją się, iskrzą, zmieniają
I żywcem się ując nie dają.


Lecz ten!... Po kropli ci wyssał twą krew,
Jak ktoś, kto rzucił, zdobywszy cię wpierw,
I nie powiedziawszy ni słowa,
W milczenie się zmienił od nowa.


To było, jakby ktoś życie mi skradł - 
Odszedł, zatarłszy za sobą swój ślad,
Ku drodze co w dal się otwiera,
A ja... Ja bez niego umieram.

/ Anna Achmatowa, z cyklu "Tajemnice rzemiosła", 1959, tłumaczenie Anatol Stern /


2012-03-02

Najtrudniejsza książka świata - "Finnegans Wake" James Joyce

James Joyce z Sylvią Beach - pierwszym wydawcą "Ulissesa"

Podobno gdyby James Joyce nie napisał „Ulissesa” to o „Finnegans Wake” nikt by dziś nie pamiętał. Nie czytałam jeszcze „Ulissesa” (zwlekam skutecznie odstraszana), nie znam więc siły słów tego irlandzkiego pisarza ani też głębokości dziury w jaką można wpaść od nierozumienia najtrudniejszego na świecie dzieła, ale czytając fragmenty „Finnegans Wake” jestem pełna obaw i oporów, że w taką właśnie dziurę wpadnę i się z niej nie wyczołgam. Jako przeciętny, niewykształcony w kierunku literackim czytelnik nie dam rady dotrzeć do fundamentów każdego słowa z osobna i poznać ukryte znaczenia, które Joyce serwuje. I co najważniejsze zrozumieć co miał do przekazania, i jaki był cel jego siedemnastoletniej batalii z neologizmami, kalamburami, aluzjami, cytatami z chyba wszystkich świętych ksiąg i klasyków. Czy zawarł w niej jakiś tajny kod otwierający bramy do rodzinnych problemów, szyfr do uwolnienia się od nich, sposób na ucieczkę przed schizofrenią, którą zdiagnozowano u jego córki Lucii, i której diagnozy unikał on sam. Przeczytałam w wywiadzie z Krzysztofem Bartnickim (tłumaczem) w Magazynie Literackim Tygodnika Powszechnego, że u Joyce'a oprócz schizofrenii, doszukano się też „klasycznych symptomów choroby Kraffta-Ebinga – strach przed homoseksualizmem, fantazji związanych ze zdradą żony, fetyszyzmu, masochizmu i voyeuryzmu, obsesji kloacznej i kazirodczej”. Nie wiem czy mam ochotę wnikać w jego urojenia, ale z drugiej strony pełna podziwu jestem dla jego geniuszu, bo by stworzyć 628 stron własnego języka i ująć to w ramy globu, to geniuszem bez dwóch zdań być trzeba ( Katarzyna Bazarnik – badaczka twórczości Jamesa Joyce'a dowodzi w swojej książce „Wokół Jamesa Joyce'a”, że liczbę stron „Finnegans Wake” da się wywieść ze wzoru na obwód koła 2 x 3,14 x 100, a zakamuflowane aluzje geograficzne wskażą na położenie biegunów, równika i zwrotników). Geniuszem dla mnie niewątpliwym jest też sam Krzysztof Bartnicki. Oto fragment jego mistrzowskiego tłumaczenia, nad którym spędził dziesięć lat dając sobie początkowo na tę pracę dwa lata (większą cześć można przeczytać w Magazynie Literackim Tygodnika Powszechnego nr 1-2/2012).

(…) Owym ptakiem była pięćdziesięcioletnia z okładem Belinda z Doranów (nagroda Terzii, Serni medal, tytuł Cip-palce-lizać na Hane Exposition) a to co wybazgrała pazurem klokkodzinie dwunastej wyglądało zogzag ładnie jak solidnych rozmiarów płachtę papieru listowego wypisanego z transkratku w Bostonie (Mass.), last pierwszej do Drogiej po którym wspomina Maggy ma się dobrze i wszystkich w domu zdrównie dobrze i tylko nienakisły upał miał mlekki wpływ na van Houtenów i elekcję generalną z cudną twarzą urodzonego dżentelmena z pięknym prezentem z kołaczy weselnych dla drogiego dzięki Chriestie i z wielkim pośmiechówkiem biednego Ojca Michała na koniec pamiętaj o życiu i Muggy jak się miewasz Maggy i z nadzieję że wkrótce usłyszę dobrze już muszę kończyć gorące uściski dwa bliźniaków i cztery całusy w kół na krzyż dla świętego paula holey kąt holipolis wyspełna świętości pe es od (szarańcza może zjeść wszystko ale tego znaku nie może) arcyszczerze liczdajnej tszajnej tapli. Ta plama, i to czajna plama (zbytnia ostrożegność mistrza blagierniczego, jak zwykle, podpisuje stronę na straty), w wylewnej chwili potwierdziła markę, oto prawdziwy relikates praładnej poezji irgarnczkiego ludu, owej lydialikatnej madamcholijnej klasery dam zwanej huraj-za-mną-za-mgłą (…)

Książkę wydało Wydawnictwo Ha!art z premierą ustaloną na 29 lutego 2012, stąd też wszędzie teraz na gorąco o tym właśnie dziele. Wywiad z tłumaczem Krzysztofem Bartnickim pojawił się też w Magazynie do Czytania „Książki”. Tam zapytany „na czym polega trudność tego tłumaczenia” odpowiada: „np. w jednym wyrazie jest coś po hebrajsku, po węgiersku i jeszcze coś w slangu Rumunów wędrujących przez Karkonosze. I to nie jest tak, że Joyce sobie te słowa rzucił, zrobił gulasz, tylko one są w konkretnych, ważnych miejscach. Nie możesz z nich zrezygnować albo wyrzucić niemiecki, a w zamian dać szwedzki. Jeżeli dowiaduję się, że np. w wyrazie jest nawiązanie do czegoś niemieckiego, szwedzkiego i islandzkiego, a ja mam z tego zrobić polski wyraz, to muszę go jakoś wymyślić”. Ciekawa jestem tych właśnie wymyślonych spolszczeń. Pojedynczych słów zagadek. Słów pułapek. Całego dzieła raczej nie ogarnę.

Podoba mi się nazwanie siebie "tłumaczem molekularnym". Krzysztof Bartnicki w Magazynie Literackim mówi: "Otóż Joyce'a trzeba tłumaczyć jak najdosłowniej, zaczynając od liter, przez morfemy, słowa, kawałki zdań, interpunkcję, akapity etc. Przekładając tę powieść, poruszałem się na poziomie atomów języka, na poziomie molekularnym.  W tym sensie jestem tłumaczem molekularnym. Moje zadanie polegało na przetoczeniu krwi kropelka po kropelce. Nie na oglądzie całego organizmu, nawet nie na oglądzie jego poszczególnych układów (kostnego, mięśniowego etc.), tylko na wiwisekcji tkanki, analizie odcinka DNA. Ta metoda była niezbędna, ponieważ istotą dzieła nie jest w tym przypadku fabuła, lecz struktura atomów".

Wydawnictwo Ha!art pisze na swojej stronie o książce tak: Jak głosi jedna z wielu prób interpretacji, ostatnia książka Joyce’a to podróż w głąb ludzkiej, boskiej czy kosmicznej, pogrążonej we śnie zbiorowej jaźni, dla której irlandzki pisarz wynalazł specjalną mowę – symfonię skomponowaną z neologizmów i wielojęzycznych kalamburów. Z czasem ten oniryczny, wzniesiony na ruinach wieży Babel wszechświat urósł do rangi prawdziwego mitu, mającego swych zaprzysięgłych zwolenników i równie nieprzejednanych wrogów. Żaden utwór literacki nie wzbudził tylu kontrowersji – po dziś dzień Finnegans Wake uchodzi za najbardziej tajemniczą książkę XX wieku, a być może i całej literatury. Dzięki brawurowemu przekładowi Krzysztofa Bartnickiego, ukazującemu się pod tytułem Finneganów tren, z tym legendarnym dziełem może wreszcie zapoznać się polski czytelnik. Wydawca dołożył wszelkich starań, aby możliwie wiernie odtworzyć oryginalny kształt książki – jej format, czcionkę, zaprojektowaną zgodnie z sugestiami Joyce’a okładkę, oraz wywiedzioną z matematyczno-geograficznych proporcji liczbę stron, jak wiele wskazuje, zaplanowaną przez autora. W oryginale Finnegans Wake zawsze wydawane było w identycznej, 628-stronicowej objętości i taką objętość ma również polski przekład. Dołącza on do elitarnego klubu niewielu powstałych do tej pory kompletnych tłumaczeń tej jedynej w swoim rodzaju książki.
Czy warto w nią zajrzeć? Tracić czas na jej czytanie? Nie odnajdywać żadnych historii, nie poznawać głównych bohaterów, trwać jedynie w zagmatwanym poemacie prozą pisanym, z obcymi słowami zrodzonymi w głowie schizofrenika, być może nawet we śnie? Sami się musimy przekonać. Ja zajrzę. Niekoniecznie zaraz przeczytam. Może w dziesięć lat, a może w siedemnaście. Może nigdy. Ale na pewno nie będzie stać zupełnie bez zainteresowania, bez oznak przemyśleń, bez śladów ołówka... „klokkodzinie” czy „lydialikatnej madamcholijnej”. Czyż nie warte zapamiętania? I to z tak niewielkiego fragmentu. Nawet mnie ta głęboka dziura przestała przerażać.


2012-02-29

Uno momento mortis

 

Nim napiszesz wiersz
pomyśl i zważ
jak dalece słuszny to krok
i czy naprawdę masz czas
żeby pisać wiersz
żeby pisać wiersz

Może raczej wstań

może lepiej leż
literatura jest piękna i bez
podobnie jak ten
dogasający już dzień
i gęstniejący już mrok

Zanim doliczysz do stu

dawno zapomnisz o dniu
zanim doliczysz do stu

Nim wykonasz pieśń

pomyśl i sprawdź
czy nie piękniej robi to szpak
i czy w ogóle jest sens
wykonywać pieśń
wykonywać pieśń

Może raczej śpij

może lepiej patrz
twe obyczaje są łagodne i tak
przeciwnie niż ten
dogasający już sen
i patetyczny nasz świat

Zanim doliczysz do trzech

dawno zapomnisz i mnie
zanim doliczysz do trzech

Nim napiszesz wiersz

pomyśl i zważ
jak dalece słuszny to krok
i czy naprawdę masz czas
żeby pisać wiersz
żeby pisać wiersz

(muzyka Grzegorz Turnau, słowa Grzegorz Turnau - z płyty "To tu, to tam", 2010)

Dobry to będzie dzień. Kawa o szóstej, Turnau przy stole. Za oknem cieplej, już stopę wystawiłam, i ucho też. Ptaki nucą swe poranne melodie, niebo strzepuje resztki zimowej szarości. Miłego pięknego przeżywania. Albo przebywania, jak kto woli. Grunt to dobrze zacząć dzień :)

2012-02-28

Przebywanie

Są dni (czasem całe ciągi takich dni) myślowo i uczuciowo puste. Dni - jamy, dni - jak ulatniająca się para. Nasz czas subiektywny można by podzielić na dni przeżywane i dni przebywane. Zdolność człowieka do przeżywania - jakże jest ograniczona. Chętnie ucieka on od przeżywania do przebywania - napisał  Ryszard Kapuściński w Lapidariach. I zastanawiam się nad własnym przebywaniem. Mało go. Raczej powinnam się ograniczać w przeżywaniu. Od drobiazgów po rok 2020, i dalej. Przeżywam nawet fakt, że trafiłam dziś u fryzjera na doskonały przepis na sos winegret. Przebyłam jedynie drogę od fryzjera do kilku sklepów, by znaleźć ocet balsamiczny. Resztę przeżyłam. Łącznie ze smakiem. Może kiedyś nauczę się tylko przebywać. Tak dla odpoczynku. Czasem lepiej by ulotniło się obciążenie.

A sos według przepisu z marcowego Twojego Stylu smakuje wyśmienicie: 3 łyżki oliwy z oliwek, łyżka octu balsamicznego, łyżka musztardy dijon (nie znalazłam, dałam zwykłej delikatesowej), łyżka jasnego płynnego miodu, ząbek czosnku utarty ze szczyptą soli.

Głodna się zrobiłam na sałatkę popołudniową. Pora pokonać potwora. Dobranoc :)

2012-02-24

Na domino



Wystarcza wiklinowy fotel, czyjaś porzucona wełniana czapka, pozycja na domino... albo kilka pięter zwiniętych w rulony skarpet, plastikowa skrzynia, trochę gorąca od kaloryfera,  ciepło drugiego ciała, i jak cudnie może minąć psi dzień. Cieszę się, że spędzę z nimi weekend. 

2012-02-22

Niezwykły świat Morrisa Lessmore


Gdyby tak książki mogły latać... otworzyłabym okno, usiadła na krawędzi jednej z nich i machnęła ręką na ludzkie zdziwienie. Kto nie kocha, nie uwierzy. Siła pasji uskrzydla. Zawsze z przyjemnością patrzę na ludzi z pasją, nie ważne czy ktoś kocha się w znaczkach, szczytach górskich, nutach, kwiatach, mundurach żołnierskich, posiłkach, rafach koralowych, słowach czy nawet w "pierd... zeschizowanej samobójczyni" (epitet tyczy się Virginii Woolf i mojego nią zainteresowania co wytknęła mi pewna zdawało mi się bliska osoba). Niektórych ludzi jednak bolą czyjeś drobne miłości, inności, fascynacje, w złości więc burzą w pierwszej kolejności powody owego stanu. Tylko ktoś kto pasji nie posiada, nie rozumie jak wielkie ma ona znaczenie.
Film "Fantastyczne latające książki Pana Morrisa Lessmore" ukazuje miłość do literatury, w uroczej scenerii latających książek, ale równie dobrze mogłyby tam latać znaczki, na których ożywałyby ludzkie twarze, czy kwiatki z korzonkami splecionymi w warkocze. Każdy może w wyobraźni zmodyfikować go pod kątem własnych dążeń do szczęścia. Ukazuje jak mimo tragedii (tu akurat nawiązanie do wydarzeń w Nowym Orleanie i huraganu Katrina)  pasja potrafi ocalić. Daje nadzieje, spełnienie i skutecznie motywuje by potem stąpać ponad ziemią. Bohater ten opowiastki, pan Morris, to postać wzorowana na Busterze Keaton’ie, bardzo znanym komiku z okresu kina niemego. Z jakiego powodu akurat on? Nie wiem, być może powodem była miłości do niego twórców owego filmu. Reżyser Brandon Oldenburg cenił zapewne Bustera Keatona, a rysownik William Joyce z wiadomych powodów zrobił wszystko, by miłość do książek była jak najbardziej wiarygodna. Krótki to film, ale bardzo wartościowy w swym przekazie. Słusznie znalazł się w piątce najlepszych animowanych filmów minionego roku i otrzymał nominacje do Oskara.

Dopisek: oczywiście też otrzymał Oskara :)